graphic top
Tu jesteś: DREZYNY ŁAPINO » Archeologia drezynowa » 2001 Krokowa
2001 rok to głównie Krokowa. Wycieczki z Krokowej w kierunku Swarzewa. Powolutku, pomalutku za każdym razem bliżej. Bo, aby dojechać do Swarzewa należało wykarczować sporo krzaczorów. Poniżej przedstawiamy w odcinkach relacje. Te które się zachowały. Mają już wartość historyczną, bo linia została rozebrana, a w jej miejscu biegnie ścieżka rowerowa.
1 kwietnia 2001 Krokowa - Kłanino - "granica gminy" - Krokowa.

Od Prima Aprilisu zaczęliśmy drezynowanie na Krokówce. Do Kłanina szlak był oczyszczony przez młodzież z Krokowej, użytkującą czasami rower szynowy należący do rodziny Krockow.
7 kwietnia 2001

Tak więc nasza sobotnia wyprawa doszła do skutku. Do Krokowej przyjechałem PKS-em. Pozostała ekipa [Plaser, Marcin Wojda z kobietą, Grzegorz z kobietą] przyjechała wcześniej samochodem.

Zaraz poszliśmy po drezynę i musieliśmy ja przetoczyć 50 m po asfalcie z podwórka na stację. Próbowaliśmy odkopać tez przejazd kolejowy na stacji Krokowa, który to przejazd jakiś !@##$% 'zmodernizował' poprzez nasypanie 40 cm warstwy ziemi z drobnymi otoczakami. Stwierdziliśmy, ze szkoda w sumie na to sił i czasu, toteż po wstawieniu drezyny na tory, pokiwaliśmy się w kierunku Sławoszyna.

Po drodze odkopaliśmy jeden przejazd, a na przejeździe częściowo zaasfaltowanym [brak rowków], wypadliśmy z szyn. W samym Sławoszynie musieliśmy zdjąć z toru [względnie rozkopać] dwie skarpy korzeni, które podczas karczowania pobliskich drzew zostały spychaczem zepchnięte na tory. Udało się to tylko połowicznie - drezynę i tak trzeba było przenosić. Za Sławoszynem zjechaliśmy sobie grawitacyjnie z góry, na najładniejszej chyba części szlaku.

Na moście towarzystwo zrobiło sobie fotostop, a następnie pojechali oni do Kłanina, odkopywać przejazd. W tym czasie Plaser i ja wzięliśmy sekatory i zrobiliśmy drobna 'kosmetykę' szlaku. W tym miejscu ma on nachylenie gdzieś 16 promili, wiec musi być zapewniony bezpieczny zjazd [z prędkością 2 razy przekraczająca szlakowa, czyli 30km/h - sprawdzone].

Po dotarciu do Kłanina Plaser wziął się za ten przejazd, natomiast ja z reszta pojechaliśmy jeszcze z kilometr do końca przejezdnego szlaku, przypadkowo pokrywającego się z granica gminy Krokowa. Po dojechaniu tam, obróceniu drezyny i fotostopie zjechaliśmy ponownie do Kłanina.

I dalej [bez Plasera] wróciliśmy do Krokowej, zjeżdżając właśnie po tym sporym spadku, a potem jeszcze ponownie wypadając z toru w Sławoszynie.

Plaser w tym czasie dalej odkopywał przejazd. Gdy przetaczaliśmy drezynę po asfalcie, przyplątał się ten !@#$%, o którym mowa była na początku, z mordą, ze mu przejazd probowalismy odkopać. To ja mu kulturalnie tłumaczę, ze przejazd powinien służyć zarówno pojazdom drogowym, jak i szynowym, ale niestety !@#$% jeden słuchać nie chciał...

Po tym incydencie samochodem wróciliśmy do Kłanina, ja wysiadłem, reszta pojechała do Gdyni. Razem z Plaserem postanowiliśmy przejść się do Swarzewa, aby ocenić, czy linia jest przejezdna - okazuje się, ze tak! Najgorzej pod względem zarośnięcia drzewami wyglądają odcinki: między Kłaninem a Radoszewem oraz przy cmentarzu w Łebczu. Poza tym są tez takie odcinki, na których występuje tylko niewielkie zachwaszczenie.

W Łebczu, zmęczeni już wstąpiliśmy do sklepu odżywić się. W międzyczasie spotkaliśmy kolejarza, który podał nam godzinę odjazdu pociągu ze Swarzewa do Gdyni [nie mieliśmy cegły]. Ładnie się postaraliśmy, bo te 5 km do Swarzewa przeszliśmy w 40 minut! Przy okazji chwała pewnemu MK, który sam, z własnej woli wyciął drzewka i krzewy od Swarzewa do pierwszego zakrętu... Dobra robota!

W Swarzewie mieliśmy jeszcze z 10 minut do pociągu, a gdy przyjechał, załadowaliśmy się z sekatorami, w kamizelach, z rękawicami... Nie ma jak pracownicy służby drogowej oczyszczający szlak...

W przejściu pod torami w Gdyni Głównej przypadkiem spotkaliśmy Edzia i Hermana, którzy wracali z eksplorowania ex-linii Wrzeszcz-Kokoszki-Osowa. Od słowa do słowa i znaleźliśmy się w barze Atut, gdzie rozmawialiśmy o starych kolejarzach...

relacja: Pechu; zdjęcia: Marcin Wojda i Sylwia Dulanowska
21-22 kwietnia 2001

PLASER przedstawia sztukę: "Krzaki, drezyny i My"

W rolach głównych:
WODA - w postaci mgły, mżawki, deszczu, gradu.
DREZYNY - dwa wózki ręczne oraz rower szynowy, często sprzęgnięte razem w trzyczłonowy "szynowy autobus mięśniowy"
KRZAKI - pod pojęciem tym rozumiemy różnej maści krzaczki, krzaczory, drzewa, drzewka.
RÓŻE - w skrócie wszystko co było na torach i niemiłosiernie raniło kolcami nasze powłoki cielesne

W pozostałych rolach wystąpili ludzie, po imprezie zmutowani do deszczowców, oraz dwa zbawienia w postaci samochodów osobowych.

A oto streszczenie akcji:

Zbiórka była w Wejherowie na dworcu PKS. Stawili się na nią: PLASER (czyli ja), Pechu oraz dwuosobowa reprezentacja Wielkopolski. Zapowiadało się tragicznie... W cztery osoby taki szmat drogi.

Dojechaliśmy do Krokowej, a tu ukazali się nam przedstawiciele grupy Krakowsko-Warszawskiej w liczbie trzech sztuk (Adam Płaszczyca, Marcin Cerkiewnik & kumpel) oraz tubylec z Sopotu (Witek).

Wystawiliśmy drezynki i ruszyliśmy z bagażami do Minkowic, gdzie mieliśmy zapewnione lokum na noc. Po zakwaterowaniu ruszyliśmy na szlak. Pogoda nie najlepsza - spory wiatr, ale nie padało. Do granicy gminy (km 9,6) tor jest oczyszczony, więc jechaliśmy prawie bez problemów. Wiejący wiatr trochę narzucił nam na tory gałęzi oraz złamał jedno drzewko. Podczas tego przejazdu powstał nowy sygnał używany na drezynach - JKJ. Jadąc na ostatniej drezynie chcieliśmy poczuć pęd w uszach i z górki nieźle się rozbujaliśmy. Aby drążek nam nie przeszkadzał wyjęliśmy go, czym pozbawiliśmy się możliwości szybkiego hamowania... Wypadając zza łuku ujrzeliśmy pozostałe drezyny - niestety stały... Wtedy użyliśmy sygnału JKJ (Jedźcie K.... Jedźcie). Oprócz sygnału dźwiękowego zastosowaliśmy sygnał wzrokowy polegający na bezładnym machaniu rękoma z tyłu do przodu. Sygnały zostały jednakże zignorowane. Dopiero nasze szybkie zbliżanie się oraz powolne hamowanie spowodowało szybki start pozostałych drezyn (tak szybki, że część załogantów nie zdążyła wsiąść).

I tak, spokojnie przejechaliśmy sobie prawie 8 kilometrów. Następnie nasza prędkość spadła do 0,5 km/h. W użycie poszły sekatory, maczety, a człowiek-piła (Trzypion) odpalił piłę. Tuż przed Radoszewem dogonił nas KMR (oczywiście w mundurze PKP). A w Radoszewie dojechał do nas Trójmiejski Team - Marcin Wojda & dziewczyny. I wtedy lunęło. Na tym dzień drezynowy się skończył. Drezyny wstawiliśmy na podwórko do nieznajomego gospodarza (raczej nieznajomych gospodyń - bo mieszkają tam dwie siostry) i wróciliśmy autami do bazy. Troje z nas odjechało w deszczową dal do domów.

A w bazie zaczęły się długie rozmowy, choć pierwsi zawodnicy padli już o 22, najlepsi wytrwali do północy - jednak drezyny i drzewa męczą...

Następnego dnia było mokro, bardzo mokro. Mgła, następnie mżawka, miejscami deszczyk. A poza tym wszystkie krzaki i trawa bardzo mokre.
Ruszyliśmy około 11. Spokojnie sobie karczując dojechaliśmy aż do Łebcza, gdzie na najbardziej ruchliwym przejeździe obracaliśmy nasz konwój. W drodze powrotnej biliśmy rekord trasy Łebcz - Krokowa.

Podam czasy przejazdu powrotnego:
18.02 Łebcz; 18.12/18.12 Starzyński Dwór; 18.37/18.37 Radoszewo; 18.45/18.57 postój techniczny na rozkopanie przejazdu w okolicach granicy gmin Krokowa i Puck; 19.06/19.12 Kłanino "postój" w celu przepchnięcia drezyn przez zalany i grząski przejazd (drezynowe Camel Trophy); 19.51/19.51 Sławoszyno; 20.07 Krokowa

Tak więc prędkość handlową mieliśmy - 6,5 km/h, a gdy odliczymy czas na te dwa przejazdy to 7,6 km/h. Najszybciej pokonaliśmy początkowy odcinek - 15 km/h, ale prędkość osiągnęliśmy tam zdecydowanie większą, gdyż zatrzymywaliśmy się w celu usunięcia gałęzi oraz hamowaliśmy na odcinku"jeżynowym". I jechaliśmy niewiele wolniej od pociągów, które kursowały tu w latach 80-tych...

Podsumowując, impreza udana, choć cel, dotarcie do Swarzewa, nie został osiągnięty. Plany pokrzyżowała pogoda. Spore zainteresowanie miejscowej ludności. A jeszcze większe jej zdziwienie, że w czasie wolnym uskuteczniamy tak ciężką pracę... 70 % uczestników wyprawy to informatycy.

Relacja: PLASER, zdjęcia: Kyrror
2 maja 2001 Krokowa - Swarzewo - Krokowa

Tego dnia po raz pierwszy docieramy do Swarzewa. Wrażenia bezcenne. Dokonuje tego ekipa harcerzy.
12 i 13 czerwca 2001 Aktywny weekend na Krokówce.
23/24 czerwca 2001

Nocna wyprawa w noc świętojańską miała odbyć się na trasie Krokowa - Swarzewo - Krokowa. Jako pierwsi stawiliśmy się w Krokowej my - KMR i Pechu ok. 8.30. Po zrobieniu niezbędnych zakupów oraz zbadaniu prawidłowości działania obu reflektorów - od SM 41 i szperacza, czekaliśmy na przyjazd pozostałych.

Dojechał rano jeszcze Plaser. Od razu zagonił nas do roboty - całkowicie odchwaściliśmy część peronu tak, aby wyglądał jak peron, nie jak plantacja eksperymentalna. Zorganizowaliśmy sobie interesujący transport chwastów z peronu do nieużywanej studni - w pojemniku na śmieci transportowanym za pomocą roweru szynowego. Przy okazji razem z KMRem dojechaliśmy do Sławoszyna, a potem jeszcze parę razy pobujaliśmy się do Minkowic.

Gdzieś po 14 stawił się Tomek Węsierski - podwieźliśmy jego i Plasera do Minkowic, po czym sami czekaliśmy w Krokowej, aż się oni zakwaterują. Gdzieś koło 16 wyruszyliśmy na szlak.

Przejeżdżając koło domu pana C. z U.G. dowiedzieliśmy się, ze jesteśmy popie.....ni jeżdżąc w taka pogodę. To by się zgadzało - aura nie dopisała, jednak na szczęście nie padało.

Dojechaliśmy do Kłanina zobaczyć szkody pokradzieżowe, gdy Plaser otrzymał telefon, iż w Krokowej o 20 będziemy mieć kolejnego chętnego do wyprawy. Był to Maciek C. z W-wy [nazwiska po wielu staraniach nie przyswoiłem sobie].

Wróciliśmy więc do Krokowej, a następnie już w piątkę jechaliśmy do Swarzewa. Za Kłaninem zrobiło się już dostatecznie ciemno, można wiec było użyć osprzęt oświetleniowy. Za Starzyńskim Dworem niespodziewanie z bocznej uliczki wyjechał jakiś samochód - kierowca trochę się zdziwił, jak został oślepiony reflektorami.

W Łebczu na moście konkretna foto-sesja, niczym na rozkładówkę Playboya. W samej wsi koło 15 osób zebrało się [przypadkowo lub nie - tego nie wiem], aby zobaczyć nasz przejazd. Do Swarzewa dotarliśmy na godz. 23.20.

O 23.35 wturlał się opóźniony pociąg z Gdyni, który był prowadzony przez stonkę. Ilość osób w 6 wagonach - ok. 20. Oczywiście zauważyliśmy opad szczeny u mechanika oraz niektórych podróżnych na widok roweru szynowego wyposażonego w reflektor + szperacz. Po kolejnej sesji zdjęciowej i obróceniu roweru na przejeździe, ok. 24 pojechaliśmy w drogę powrotną.

Zmęczenie dawało się we znaki, niektórzy zasypiali siedząc, leżąc lub nawet stojąc [dobrze że nie spadłem wówczas z roweru...]. Mimo znacznego zachmurzenia widać było po jednej stronie wschód, zaś po drugiej zachód słońca - szkoda, ze nie było ładnej pogody. Po chyba 3 godz. wysadziliśmy 3 uczestników imprezy w Minkowicach [poszli na kwaterę], natomiast nieustraszeni surwiwalowcy [KMR i ja] przez 1,5 godz. przekimaliśmy na rowerze, po czym ok. 5 wstawiliśmy go na podwórko i poszliśmy na PKS.

Oczywiście ranek powitał nas ładną pogoda... Nie ma jak prawo Murphy'ego...

Relacja: Pechu, zdjęcia: KMR
22 września 2001

Ponad trzy miesiące musiała biedna linia Krokowa - Swrzewo czekać na ponowne nią przejechanie się. Zaczęliśmy z KMRem naprawę rozjazdu nr 4 - z trudem się przekłada, ale się przekłada. Jak ktoś śruby nie ukradnie to będzie dobrze - dla niewykrycia jej przez potencjalnego złodzieja dokonałem jej postarzenia poprzez konkretne zabrudzenie błotem... Następnie postawiliśmy na tory rower szynowy i troszkę nim pojeździliśmy w te i we wte.

Podczas, gdy KMR pchał rower, a ja sobie na nim stałem, spadł jeden z łańcuchów i zahaczył się o śrubę łubkową - wówczas drezyna niemal zatrzymała się w miejscu, a ja wykonałem piękne salto przelatując przez plastikowe krzesełko i lądując na plecach na torze. Po opatrzeniu ran i wstawieniu drugiej drezyny oraz krótkim przeszkoleniu nowicjuszy, ruszyliśmy na szlak.

Nie dość, ze przyroda znów zaczęła z nami walkę o torowisko, to o tabor także. Trawa opanowała nawet deski drezyny... Niemiłą niespodzianką było usunięcie krzyży św. Andrzeja w Minkowicach i Sławoszynie [za stacją].

Wszędzie drzewka sobie odrosły, a wegetacja jest tutaj niczym w tropiku - leszczyny odbiły na 1,5metra ! Panowie rolnicy- nie opłaca wam się uprawiać roli w innych częściach kraju - zapraszamy do gmin Puck i Krokowa - warunki wzrostu roślin świetne! Trzeba było odkopać tez przejazdy w Minkowicach i Ameryce [o tym w Kłaninie nie wspominam].

Na granicy gminy pewien rolnik z uporem maniaka organizuje sobie pastwisko na torach, a my z uporem maniaka niszczymy mu elektrycznego pastucha, który dwukrotnie przecina os torów, a następnie biegnie wzdłuż toru, co wygląda jak trakcja boczna.

Eko-Radoszewo zarosło tak, że śmieci żadnych nie widać, za to jeżyny skutecznie uniemożliwiają jazdę. Śmieci za to pojawiły się na jednym z przejazdów za Starzynskim Dworem.

Na p.o. Łebcz panują te wstrętne jeżyny... Dojechaliśmy do km 2,5, gdzie dokonalismy zmiany warty, tzn. doszedł Marcin Kulinicz a odszedłem ja, a następnie poszedłem sobie do Swarzewa, napełniając po drodze torbę 3 kilogramami jabłek i gruszek z drzew rosnących przy torze.

Wracałem ze Swarzewa do Gdyni w słynnym wagonie osobowo-bagażowym z "Cyklisty". Za Mrzezinem tymczasowe 30.... To tyle... Bez odchwaszczania chemicznego linia przestanie istnieć :-(

Relacja: pechu, zdjęcia: KMR, Pechu, Marcin Kulinicz
7 października 2001

W niedzielę 7 października miałem przyjemność wybrać się na drezynową wycieczkę. To moje pierwsze spotkanie z Koleją Drezynową Krokowa - Swarzewo, pozwolicie wiec ze podzielę się wrażeniami.

A zatem - wstałem raniutko, wyposażyłem się w aparat, kanapki... O 7:10 moja SKM, którą jechałem z Sopotu Wyścigów dotarła do Gdyni, gdzie dzięki pomarańczowym kamizelkom rozpoznaliśmy się sprawnie z KMR-em - jako że spotkałem się z nim wówczas po raz pierwszy. Na kolejowo/drezynowej (mniej więcej) rozmowie upłynął nam czas podroży do samej Krokowej.

Na miejscu chwilka czekania - kolejnym PKS-em dołączył do nas nieco zaspany Mixer. Czekanie kontynuowaliśmy razem, bo ludzie od których odbieraliśmy klucz do drezyny byli akurat na mszy. Po kilkunastu minutach staliśmy już na peronie i stawialiśmy nasza machinę na szyny. Stacyjka bardzo miła. Co prawda perony i tory zdążyły nieco pozarastać, ale napis Krokowa trzyma się dzielnie, a i budynek stacyjny całkiem zadbany. Tyle, ze ktoś wyszabrował kilka betonowych płyt, stanowiących kiedyś nawierzchnie wjazdu na rampę.

Posłusznie wysłuchałem okolicznościowej pogadanki KMR-a o przepisach BHP oraz sposobie obsługi drezyny, wsunęliśmy drąg napędowy w tuleje, i ze zgrzytem kół ruszyliśmy. "Przeskakując" nad wykolejnicą, której wyłamany klucz może uda się kiedyś naprawić...

Trasa linii jest rzeczywiście malownicza, taki spokojny krajobraz. Łuki, wzniesienia... Tu i ówdzie drzewka, jeżyny i inne chwasty, które wycinaliśmy - na początkowym etapie całkiem jeszcze czysto. Po drodze również "foto-stopy" KMR-a, (no i ja, oczywiście, też popstrykałem nieco) i jabłuszka z przytorowej jabłonki.

Mozolny podjazd (w drodze powrotnej całkiem interesująca prędkość), przepust pod kanałem Karnel (zwanym przez komputerowców kernel :-)...

Dotarliśmy do Kłanina. Przystanki - Sławoszyno, Kłanino - to właściwie archeologia kolejnictwa, znad zarośli wyłaniają się kozły oporowe, fragmenty peronów... Ale cieszą oko pozostałe rozjazdy, nawet wskaźniki... Od przystanku w Kłaninie zaczęła się ciężka przeprawa przez dżunglę, utworzona z całkiem sporych drzewek - z trzaskiem sekatorów krok za krokiem przebiliśmy się jakoś do drugiego w Kłaninie przejazdu, na którym, jako że czas był ku temu, zawróciliśmy.

Przejazdy po drodze bywały zapiaszczone, ale w zasadzie przejezdne, właściwie chyba tylko te za i przed Kłaninem wymagały niejakiej determinacji w ich przekraczaniu. Na przejazdach udało się nam napotykać, zarówno jadąc tam, jak i z powrotem, parę samochodów - myślę, że wzbudziliśmy niejaką sensację, gdy KMR sprawnie stopował ruch kołowy, a my z Mixerem wytaczaliśmy drezynę...

Jeden gość, nie widząc nas zza zakrętu, usiłował był KMR-a wyminąć - trzeba było widzieć jego minę gdy ujrzał przed sobą nasz szynowy pojazd... Ale kierowcy raczej przyjaźnie się zachowywali, uśmiechając się (chyba nie ironicznie) czy machając. Jakieś takie chłopaczki w maluchu, jadącym równolegle koło Minkowic, wykazały entuzjazm wykrzykując cos pod naszym adresem; ale o co im chodziło i czy wykazywali aprobatę czy wręcz przeciwnie, nie wiemy.

W powrotnej drodze zatrzymaliśmy się jeszcze przy przepuście tuz przed Krokową. Jadąc drezyna można go nawet nie zauważyć, ale od dołu, po zejściu z nasypu prezentuje się okazale, i wygląda niemal jak nowy. Dojechaliśmy do samiutkiego końca linii, i na peronie przykuliśmy naszego rumaka stalowych szlaków do szyny.

Do Wejherowa dowiózł nas pustawy PKS z grzybiarzami (gdzieś w okolicy musza rosnąc rydze...) w którym pożegnaliśmy się z Mixerem, wyskakując zawczasu celem złapania wjeżdżającego na wejherowski peron kibelka. Kibelek na dobry finał urozmaicił nam jeszcze podroż wyjazdem na tor dalekobieżny z racji robot torowych. I koło 17-18 wyprawa się rozwiązała.

Przyznam Wam, ze ogromnie mi się to spodobało. Mam nadzieje, ze uda mi się jeszcze dotrzeć na drezynie i do Swarzewa - trzeba by jeszcze chyba trochę poodchwaszczać. Zacząłem się nawet zastanawiać, czy nie da się jakiegoś herbicydu spreparować - gotowy by pewnie sporo kosztował, ale może są jakieś patenty...

relacja: Szymon Ziętkiewicz; zdjęcia: Szymon Ziętkiewicz i KMR

13 października 2001

Było to moje pierwsze spotkanie z drezynami. W tygodniu poprzedzajacym wycieczkę "złożyłem zamówienie" na pogodę. Miało nie padać, temperatura tak z 15°C a jakby jeszcze słoneczko poświeciło (bynajmniej nie przelotnie między chmurami) to byłaby już pełnia szczęścia.

W sobotę wstałem wcześnie. O 7 "uzbrojony" w aparat fotograficzny, kanapki i herbatę wyszedłem z domu. Według termometru za oknem było 13°C co dobrze rokowało na resztę dnia. Nie padało, ale słońca także nie było widać.

Do Wejherowa dojechałem o 8.00 kolejką SKM i na dworcu PKS czekałem na PLASERA i resztę grupy. PLASER przyjechał opóźnionym pośpiechem. Chwilę później SKM-ką przyjechał Grzegorz Mikosz i... nikt więcej. PKS-em dojechaliśmy do Krokowej. Krokowa przywitała nas deszczem. Nijak to się miało do mojego "zamówienia", ale stwierdziliśmy, że jedziemy. To, że do Swarzewa nie dojedziemy było aż nazbyt jasne.

Na stacji czekała na nas, przypięta łańcuchem do szyny, drezyna (WR02). Po przyczepieniu plecaków (coby ich nie zgubić po drodze) i wysłuchaniu instruktażu PLASERA ruszyliśmy w drogę. Po pierwszych kilkunastu metrach jazdy miałem już poważne wątpliwości czy dam radę machać do Sławoszyna a co dopiero dalej.

Pierwszy, nie planowany, postój wypadł nam już Minkowicach. PLASER zobaczył elementy zwrotnicy. Po ich obejrzeniu poszedł jeszcze do pobliskiego sklepu. Pierwszy planowy postój był w Sławoszynie. Nie tak sobie wyobrażałem ten przystanek. Z wrażenia nawet nie zrobiłem zdjęcia. W między czasie przestał padać deszcz co poprawiło nam humor.

Po krótkim postoju ruszyliśmy dalej. Najpierw krótki podjazd za Sławoszynem a potem wspaniały zjazd (w drodze powrotnej paskudny podjazd).

Nad kanałem Karnel był kolejny postój. W końcu zrobiłem użytek z aparatu. Jak widać na zdjęciu pogoda była daleka od idealnej. Uzupełniwszy siły ruszyliśmy do Kłanina. Powoli wtoczyliśmy się pod górę. Przyroda nie ułatwiała nam jazdy. Czasami trzeba było przejść na popych.

W Kłaninie kolejny postój. Sam przystanek robi smutne wrażenie. Peron ledwo widać wśród trawy. Plac wyładowczy podobnie. Tak jak w Sławoszynie tu także nie ma tablicy z nazwą przystanku.

Ruszamy dalej. Stajemy na granicy gmin. Od tej pory na każdym następnym postoju PLASER odbiera telefon od chętnych na wycieczkę drezyną. Przyczyną takiego zainteresowania był artykuł "Drezyną wokół Trójmiasta" w "Dzienniku Bałtyckim". W trakcie tego postoju słońce zaczęło się "wychalać" za chmur. Na pytanie PLASERA czy jedziemy dalej zgodnie odpowiedzieliśmy, że tak.

Pojechaliśmy do Radoszewa. A tu przywitał nas "komitet powitalny" - dwóch chłopców z pobliskiego domu i pies. Korzystając z tego, że słońca nie zakrywają chmury a drezyna stoi "pod tablicą" z nazwą stacji, postanowiłem zrobić zdjęcie. Okazało się, że grunt tuż przy torze jest podmokły i musiałem iść dookoła nie będąc pewnym czy łąka, na którą musiałem przejść, także nie okaże się "podtopiona". Naszczęście słońce nie zaszło, na łące nie zatonąłem (nawet nie zamoczyłem butów), a efekt tej małej wycieczki jest widoczny obok.

Znów musieliśmy podjąć decyzję czy jedziemy dalej. Postanowiliśmy, że tak. Przed nami był dość długi i stromy podjazd. Mniej więcej w połowie tego podjazdu był nieco zapiaszczony przejazd, na kórym zrobiliśmy kolejny postój. Od momentu, kiedy wyruszyliśmy z Radoszewa wypogodziło się na dobre. Znów padło pytanie czy jedziemy dalej. I znów zdecydowaliśmy, że tak.

Dojechaliśmy do "eko-Radoszewa", gdzie przyłapaliśmy rolnika "na gorącym uczynku" jak wylewa nie miło pachnącą ciecz... na tory prowadzące do Starzyńskiego Dworu. Tu zdecydowaliśmy, że nie ma sensu zjeżdżać do Starzyńskiego Dworu, skoro za chwilę będziemy musieli wjeżdżać z powrotem na górę.

Nasyciwszy oczy otaczającym nas krajobrazem, obróciliśmy drezynę na przejeździe i ruszyliśmy w drogę powrotną. Jako, że do Radoszewa było teraz z góry wszystkie przejazdy pokonaliśmy siłą rozpędu. W Radoszewie PLASER, na moją prośbę, zrobił mi zdjęcie. Chciałem mieć "namacalny" dowód, że byłem na tej wycieczce.

Z Radoszewa sprawnie przejechaliśmy do Kłanina. Tu krótki postój i ruszyliśmy dalej z góry aż do Ameryki. Za Ameryką zaczął się podjazd do Sławoszyna... Ten odcinek pokonywaliśmy systemem "na popych". Zmęczenie zaczęło dawać o sobie znać. Na jednym z postojów zrobiłem jeszcze zdjęcia rezerwatu, który pięknie się prezentował w zachodzącym słońcu.

Po pokonaniu podjazdu dalsza droga do Krokowej przebiegała już bez problemów. Jako, że podjazd do Sławoszyna zajął nam więcej czasu niż zakładaliśmy, nie zdążyliśmy na PKS o 16 i trzeba było cierpliwie poczekać na następny. Dojechawszy PKS-em do Wejherowa razem z PLASEREM pobiegłem na kolejkę, która to właśnie wjeżdżała w peron.

Relacja i zdjęcia: Piotrek Kowalewski